Listy z podróży, Strona główna

Przywitanie z Oregon

„Ona lata na swoich własnych skrzydłach”. To oficjalne motto stanu Oregon, które zaczerpnięto z łacińskiej frazy Alis volat propriis. Własne skrzydła. A skoro skrzydła to wolność i niezależność. Jakże polubiłam motto tej ziemi. Zresztą nie tylko motto. Już z okienka samolotu nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że w rozpostartym przede mną krajobrazie jest coś szczególnie mi bliskiego. Coś, o czym jeszcze nie wiem, a mocno rezonuje we mnie. Coś, co z ogromną siłą mnie tutaj przyciąga. 

Oregon przywitał mnie swym bezgłosem, a ja uczę się jego milczącej natury. Cisza, którą wdycham wraz z powietrzem nie ma w sobie nic z zamarcia, pustki czy głuchoty. Wręcz przeciwnie. Jest żywa, głęboka, wyraźnie pulsująca. Tutejsze drzewa zaś wydają się istnieć od zawsze. Wznoszą się aż po czubek sklepienia, jakby chciały sięgnąć po ambrozję i nektar. Kto wie, może spijają ten boski pokarm niebios. Może stąd ich długowieczoność, świętość, posągowość. Niczym skarbnice wiedzy, przemawiają swym milczeniem. W nieprzerwanej harmonii towarzyszą człowiekowi, a człowiek im. W cichym współbrzmieniu. Jednak wciąż pozostając wolne.

Oregon przywitał mnie jak ukochane dziecko. Wziął pod swe skrzydła, ofiarując serdeczną opiekę. Objął chłodnymi ramionami, orzeźwiając mego ducha. W podszeptach sosen składa w darze bliskość i mówi: chodź! Nauczę Cię wolności! 

 

 

O mnie